W 1945 roku z Górnego Śląska wywieziono do pracy przymusowej w Związku Radzieckim kilkadziesiąt tysięcy cywilów. Byli to w większości mężczyźni, górnicy, hutnicy i inni wykwalifikowani robotnicy, ale wśród zatrzymanych znalazły się także kobiety. Deportacje są częścią wydarzeń nazywanych Tragedią Górnośląską. Do 1989 roku nie wolno było o nich pisać ani mówić publicznie, a pamięć o nich przekazywano w rodzinach.

Górny Śląsk w styczniu 1945 roku

Od 1922 roku Górny Śląsk był podzielony granicą między Polskę i Niemcy. Po wybuchu wojny Niemcy włączyły do Rzeszy także polską część regionu i objęły mieszkańców niemiecką listą narodowościową. Dariusz Węgrzyn, historyk związany z IPN, podaje w opracowaniu o deportacjach, że do jesieni 1943 roku wpisano na nią 1,29 miliona osób, czyli 95 procent mieszkańców polskiej części Górnego Śląska, a ponad 70 procent otrzymało trzecią grupę listy.

Pod koniec stycznia 1945 roku na Górny Śląsk weszły oddziały Armii Czerwonej. Według Węgrzyna żołnierze uważali, że wkraczają na ziemie niemieckie, a sowieckie władze potraktowały mieszkańców regionu jako Niemców, niezależnie od tego, jak sami określali swoją przynależność. Deportacje opisuje się jako formę reparacji wojennych: ludzie mieli zastąpić zniszczone w ZSRR zasoby pracy.

Rozkaz i zatrzymania

Według Węgrzyna oraz Centrum Dokumentacji Deportacji w Radzionkowie 3 lutego 1945 roku Państwowy Komitet Obrony ZSRR polecił dowódcom frontów zmobilizować do pracy w ZSRR osoby uznane za Niemców, w wieku od 17 do 50 lat. Określenie „mobilizacja” oznaczało, że zatrzymanym nie przedstawiano żadnych zarzutów. Inne źródła podają jako datę rozkazu 6 lutego.

Zatrzymania trwały od lutego, według Centrum do maja. Zatrzymywano w domach według list, po donosach, w zakładach pracy i na ulicach. Węgrzyn podkreśla, że liczyły się kwalifikacje zawodowe i wiek, a nie rzeczywista wina. Na terenie przedwojennego województwa śląskiego do zatrzymań zmuszono także milicję i miejscową administrację. Do obozów przejściowych trafiano między innymi w Bytomiu, Knurowie i Łabędach, a w Bytomiu, według relacji przytoczonych przez Węgrzyna, w więzieniu osadzono około 1650 internowanych.

Transporty ruszyły na wschód dopiero po przystosowaniu torów kolejowych do rosyjskiego rozstawu. Większość Górnoślązaków trafiła, jak podaje Centrum, do batalionów pracy w Zagłębiu Donieckim, na Białorusi i na Kaukazie. Wielu deportowanych nie przeżyło transportu ani pracy.

Ile osób wywieziono: rozbieżne szacunki

Liczba deportowanych nie jest ustalona, a różne opracowania podają różne wartości. Najważniejsze z nich:

Węgrzyn zwraca uwagę, że część osób z list zatrzymanych mogła pozostać w obozach na miejscu, a spisy sporządzane po wojnie obejmowały głównie osoby uznane za Polaków i nie zachowały się dla wszystkich powiatów.

Podobnie jest z liczbą ofiar. Według Węgrzyna cytowanego przez PAP zmarło 25 procent deportowanych, czyli około 12 tysięcy osób. W innej depeszy PAP czytamy, że liczba tych, którzy nie wrócili, jest trudna do oszacowania i mogła wynosić kilka tysięcy. Węgrzyn pisze, że wśród deportowanych z Pomorza Wschodniego śmiertelność wynosiła około 15 procent, a w przypadku Górnoślązaków była znacznie wyższa.

Powroty i skutki dla regionu

Pierwsi wracali od połowy 1945 roku, głównie osoby starsze i niezdolne do pracy. Polskie władze podejmowały starania o powrót tylko tych, których uznawano za Polaków, a strona sowiecka długo się na to nie zgadzała. Według zestawień Centralnego Zarządu Przemysłu Węglowego do 30 września 1949 roku wróciło 5603 górników, a w połowie 1949 roku polska ambasada w Moskwie nadal wnioskowała o zwolnienie 8328 osób. Ostatni deportowani wrócili na początku 1950 roku.

Wywózka odebrała regionowi wykwalifikowanych robotników. Węgrzyn podaje, że obsada kopalń i hut w przedwojennej polskiej części Górnego Śląska sięgała w marcu 1945 roku około połowy przedwojennej kadry. W kopalni w Bytomiu-Miechowicach pracowało w maju 1945 roku 800 osób, z czego 75 procent stanowiły kobiety. Rodziny deportowanych zostawały bez dochodów, często traciły też zakładowe mieszkania. Historyk Dariusz Węgrzyn wskazuje, że pamięć o tych wydarzeniach jest silna także dlatego, że zapamiętały je dzieci, którym przypadł ciężar utrzymania domu.

Śledztwo IPN w sprawie deportacji umorzono w 2006 roku, między innymi z powodu śmierci odpowiedzialnych sowieckich przywódców. IPN uznał, że deportacje były zbrodnią komunistyczną i zbrodnią przeciwko ludzkości.

Centrum Dokumentacji w Radzionkowie

Pamięć o deportacjach podtrzymuje Centrum Dokumentacji Deportacji Górnoślązaków do ZSRR w 1945 roku, mieszczące się w dawnym budynku dworca kolejowego w Radzionkowie. Pomysł stałej wystawy narodził się w 2007 roku i nawiązywał do wystawy o deportacjach, którą w 2003 roku zorganizował katowicki oddział IPN w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu. Centrum otwarto 14 lutego 2015 roku, a nad poprawnością merytoryczną ekspozycji czuwał katowicki oddział IPN. Placówkę wsparło finansowo 29 śląskich samorządów.

Wystawa pokazuje przede wszystkim przedmioty przywiezione z zesłania, takie jak łyżka, maszynka do golenia, brzytwa i walizka, oraz źródła pisane. Centrum gromadzi też dokumenty i publikacje, wśród nich zaświadczenia Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, akty zgonów i pamiętniki pisane na zesłaniu. Zasady zwiedzania podaje instytucja.

O dalszych losach mieszkańców regionu w 1945 roku, w tym o obozie w Świętochłowicach-Zgodzie, mówi karta miejsca pamięci Obóz Zgoda.